Wróciłam do tego filmu po latach, zupełnie znienacka, przeglądając wieczorem Netflixa. Kiedy oglądałam go po raz pierwszy, będąc młodszą, zrobił na mnie duże wrażenie, ale chyba nie do końca rozumiałam jego prawdziwe znaczenie. Dziś, bogatsza o życiowe doświadczenia, widzę w nim coś znacznie głębszego. To nie jest po prostu kolejna opowieść o komiksowym złoczyńcy – to bolesne lustro postawione przed naszym społeczeństwem.
Moja filozofia może wydać się komuś dziwna, ale w tej smutnej, niezrozumianej części Arthura widzę każdego z nas, kto choć trochę różni się od ogólnie przyjętych norm. Nie trzeba być chorym psychicznie, żeby doświadczyć odrzucenia. Wystarczy mieć inne rozumowanie, cechy introwertyczne, antyspołeczne wycofanie, które otoczenie traktuje jak „dziwactwo”, albo być bolesne szczerym, co dziś tak często myli się z „byciem nieuprzejmym”. W dzisiejszych czasach łatwiej jest grać, niż być autentycznym. Wielu z nas próbuje na siłę dopasować się do tych „normalnych”, głęboko w środku skrywając swoją wyjątkowość z panicznego strachu przed brakiem akceptacji. A Arthur Fleck to postać, w której ten strach i ból skumulowały się do granic możliwości.
Oto moja osobista analiza mocnych i słabych stron tego dzieła, oparta na drodze, jaką Arthur przeszedł na moich oczach.
Mocne strony filmu (Plusy)
- Głębokie studium samotności i odrzucenia: Dla mnie Arthur nie rodzi się zły. Podstawą jego upadku nie było to, że sam z siebie był okropnym człowiekiem. On po prostu rozpaczliwie nie potrafił zaakceptować siebie, co sprawiło, że inni nie potrafili zaakceptować jego. Historia zaczyna się od jego dramatycznych ćwiczeń przed lustrem – od prób bycia takim, jakiego oczekuje świat. Ma być wesołym komikiem, dawać radość. Jednak nikomu nie zależy na jego talencie; ludzie chcą się z niego śmiać, od razu stawiając go na piedestale „dziwaka” z powodu jego neurologicznych, niekontrolowanych napadów śmiechu wywołanych nerwami. Film genialnie pokazuje, jak totalny brak empatii i znieczulica otoczenia krok po kroku „tworzą” potwora.
- Psychologiczna autentyczność i desperackie pragnienie miłości: Wątek z sąsiadką ogromnie mnie poruszył i uważam go za jeden z najlepszych elementów scenariusza. Arthur tak bardzo pragnął bliskości, że w jego psychice narodziła się iluzja relacji. Widział ją siedzącą na swoim występie, wyobrażał sobie, że towarzyszy mu w najtrudniejszych chwilach, mimo że naprawdę jej tam nie było. To niesamowicie prawdziwy, choć tragiczny obraz tego, jak ludzki umysł potrafi zmyślić miłość, by uchronić się przed ostatecznym psychicznym rozpadem.
- Perfekcyjny, tragiczny efekt domina: Upadek Arthura jest rozpisany po mistrzowsku. Wszystko zaczyna się od brutalnego pobicia przez chuliganów, po którym kolega z pracy- rzekomo z troski, a w rzeczywistości wpychając go w kłopoty – daje mu rewolwer. To początek jego psychopatycznej drogi. Gdy w metrze, pod wpływem ataku śmiechu, Arthur staje się celem trzech napastników nękających kobietę, po raz pierwszy pociąga za spust. Kolejne tąpnięcie to odkrycie prawdy o matce, która okłamywała go przez całe życie, wmawiając mu, że jest synem Thomasa Wayne’a, podczas gdy w rzeczywistości był adoptowany i maltretowany w dzieciństwie. Ta lawina zdarzeń sprawia, że Arthur całkowicie przestaje kontrolować swoje odruchy.
- Wielowymiarowość zła i zachowanie resztek człowieczeństwa: Zachwyciło mnie, że Arthur, nawet pogrążając się w mroku, zachowuje swoisty, wewnętrzny kompas. Kiedy po zabójstwie matki w szpitalu odwiedzają go dawni koledzy z pracy, bezwzględnie morduje tego, który go zdradził, ale puszcza wolno karła, Gary’ego. Dlaczego? Bo jak sam mówi: „Ty jeden byłeś dla mnie miły”. To pokazuje, że w świecie Arthura każda, nawet najmniejsza iskra ludzkiej życzliwości miała ogromne znaczenie.
- Genialne narodziny mitologii Batmana: Finał to absolutny majstersztyk i idealne spięcie klamrą dramatu psychologicznego z uniwersum komiksowym. Arthur, prowokując zamieszki w metrze, dociera do programu Murraya Franklina. Gdy rozumie, że zaproszono go tylko po to, by podbić oglądalność kosztem jego osoby, zabija prowadzącego na żywo. Chaos, który wywołuje, rozlewa się na całe miasto. Uwolnione zostają najgorsze, pierwotne, zwierzęce instynkty tłumu (bez obrazy dla zwierząt, rzecz jasna). To właśnie w tym wywołanym przez Jokera piekle giną rodzice Bruce’a Wayne’a. W ten sposób, rodząc się jako potwór, Arthur jednocześnie tworzy swojego przyszłego antagonistę- małego Bruce’a, który przeżyje ten koszmar i zbuduje swoje własne uniwersum jako Batman.
Słabe strony filmu (Minusy)
Choć film zrobił na mnie piorunujące wrażenie, chłodniejsze spojrzenie z dystansu czasu pozwala zauważyć kilka mankamentów:
- Emocjonalne przeciążenie i monotonia cierpienia: Reżyser tak głęboko wchodzi w ból i nieszczęście Arthura, że momentami film staje się wręcz monotonny w swoim przygnębiającym nastroju. Widz jest nieustannie bombardowany kolejnymi dawkami niesprawiedliwości i smutku, co na dłuższą metę może być dla wielu osób zbyt nużące, przytłaczające i pozbawione jakiegokolwiek emocjonalnego oddechu.
- Cienka, niebezpieczna granica w usprawiedliwianiu przemocy: Film balansuje na bardzo ryzykownej moralnie granicy. Przez to, że tak mocno współczujemy Arthurowi jako ofierze bezdusznego systemu, jego ostateczne przejście na stronę brutalności i bezwzględnego mordu przynosi widzowi dziwną, niepokojącą satysfakcję. Istnieje ryzyko, że film niechcący romantyzuje samosąd i anarchię, sugerując, że uwolnienie agresji to jedyny sposób, by świat w końcu nas zauważył i usłyszał.
- Przewidywalność niektórych wątków psychologicznych: Dla osób, które oglądają dużo kina psychologicznego, motywy użyte w filmie mogą wydać się nieco wtórne. Zwrot akcji z halucynacjami dotyczącymi sąsiadki czy wątek wykradania dokumentacji medycznej ze szpitala psychiatrycznego Arkham w celu odkrycia mrocznej tajemnicy z dzieciństwa, to klisze, które w kinie (chociażby u Martina Scorsese w Taksówkarzu czy Królu komedii) widzieliśmy już wielokrotnie.
Mój końcowy wniosek: Joker to film, który boli, ale jest niesamowicie potrzebny. Przypomina nam, że znieczulica, wyśmiewanie czyjejś inności i brak akceptacji dla ludzkich wad mogą doprowadzić do nieodwracalnej tragedii. Pokazuje też, jak wielkiej odwagi wymaga dzisiaj bycie po prostu sobą – bez maski, bez grania i bez udawania kogoś, kim nie jesteśmy.
Pozdrawiam serdecznie
Redaktor Naczelna Barbara Kornak
Assekor